Słońce, burza, „Xenocide”…

Odpowiedni chyba opis ostatnich kilku tygodni, ale możemy na razie skupię się na tych kilku dniach od mojego powrotu. Zbliża się bowiem nieubłaganie wrzesień czyli ratuj się kto może i uczelnia wita, oczywiście trzeba się zając bardzo poważnym powtórzeniem materiału, co zresztą jakoś udaje mi się robić. Nie jest to niestety tak łatwe jak by się chciało, do tego pogoda oczywiście nie może być jakaś normalna, rano zaczynamy od upału ponad 30 stopni, przez cały dzień gorąc a wieczorem ostra burza i tak przez ostatnie kilka dni, dzisiaj gdyby nie to że planowałem sobie zrobić przejazd rowerem do Warszawy, ale raczej przy deszczu i kałużach nie będzie to najprzyjemniejsza przejażdżka więc pewnie ją sobie odpuszczę na rzecz alternatywnego transportu.

Zwłaszcza że na czas podróży mam co czytać, aktualnie przypominam sobie „Xenocide”( o której zresztą napiszę kilka słów jak tylko znajdę chwilę czasu)  Orson Scott Carda, czyli ciąg dalsza historii która rozpoczęła się od „Ender’s Game” , historią wojny a raczej jej finału z piewszą spotkaną przez ludzi inteligentną rasą. Więcej jednak w tym wpisie zdradzać nie będę.

Zresztą tak się składa że Orson Scott Card będzie gościł w Paradox Cafe w najbliższy poniedziałek na promocji swojej książki, co jest oczywiście obowiązkową pozycją na liście „Need to be there” dla czytelników.

Teraz zaś już czas zająć się pozostałymi rzeczami, czyli statystyka czeka.


Promocja w Salt Lake City czyli sesja Neuro ciąg dalszy

czyli co pomysły moich graczy są naprawdę nie z tej ziemi, zanim oczywiście dojdę do motywu z promocją wprowadzę ogólną historię. Postacie graczy (sędzia, żołnierz i medyk) miały ochraniać kult kamienia w zamian za części które potrzebują do naprawy swojego Hammera. Oczywiście zaczęło się jak już pisałem bombowo od rozbrajania bomby którą znaleźli w kościele i to jeszcze bez spowodowania paniki, żołnierz „zaopiekował” się kapłanem a sędzia zaczął prowadzić mszę. Walnął taki monolog że wiernych zamurowało, prowadząc dookoła kościoła pielgrzymkę z cegła, która właśnie ogłosił świętą.  W tym czasie medyk bawił się w rozbrajnie bomby co mu się nawet udało.Oczywiście należy jeszcze odnaleźć winnych, podejrzenia padły z na kult konsumpcjonizmu mieszczący się w zrujnowanych centrum handlowym. Wybrali się tam jaki niby przyszli wierni i zaczęli czytać ich świętą księgę, składającą się w głównej mierze z fragmentów starych regulaminów sklepowych. Pomiędzy tym wszystkim jak wrócili z planem załatwienia konsumpcjonistów okazało się że kapłan „cegły” z kościoła został pobity. Uzyskali po małych namowach od niego informację że odpowiedzialny za całość jest dług który ma kapłan wobec swojego szwagra, który jest szefem gangu piekielne szczury, jest mu winny nie mały majątek za Tornado które wziął na kredyt kilka miesięcy wcześniej. BG wymyślili niezwykle szczwany plan, korzystając z wiedzy którą zdobyli w księgach konsumpcjonizmu, że należy brać i brać czyli przez pomaganie sobie pomagają innym. BG poszli porozmawiać z kapłanem konsumpcjonizmu, że wiedzą gdzie znajdują się wrogowie konsumpcjonizmu przechowujący całkiem sporą ilość dóbr które należy brać, BG miał naprawdę wysoki parametr charakteru i dar przekonywania. Efektem czego na następnym nabożeństwie BG zostali poproszeni na środek przez niego i ogłoszone do wiernych, że zaczyna się promocja. Każdy wierny oraz BG dostali koszyki oraz kij lub łom i ruszyli pielgrzymką w stronę starego posterunku gdzie byłą siedziba gangerów. Efekt był ciekawy, gdy gangerzy zwrócili uwagę zaciekawieni pielgrzymką nagle kapłan krzyknął promocja się zaczyna i tym momencie jakieś 150 osób rzuciło się z koszykami do ataku. Coś podobnego do otwarcia marketu w USA tylko brutalniej, BG którzy byli w pierwszej linii zwiali z tłumu i pozwolili konsumpcjonistom się wypalić. Czyli wynieść z posterunku wszystko co nie dało się wrzucić do koszyka i nie było przymocowane na stałe, oczywiście z jakimiś ofiarami, ale 15 gangerów, 150 osobowy szalony tłum nie patrzący na ofiary i walczący o gamble nawet między sobą, do momentu aż nie zostały wrzucone do koszyka. Wynik jest chyba oczywisty. Ostatecznie bohaterowie weszli do pustego już posterunku ogołoconego ze wszystkiego oprócz ciał. Pokonując gang za pomocą promocji zyskując wdzięczność dwóch kultów, oraz zdobywając sobie siedzibę i to wszystko bez nawet jednego strzału. To jest dopiero oferta 🙂


Dzikie pola, czyli jak to Waszmości Podstarosta…

…do czego zresztą zaraz wrócę, bo rpgowy wyjazd trwa w najlepsze, czyli…

jak to przez podobieństwo jeden z postaci graczy został wzięty za podstarostę więc cała wesoła kompanija szlachty postanowiła wykorzystać okazje i się opić i zabawić na koszt jego piwniczki, wszystko miło i przyjemnie do czasu aż nie trzeba było zacząć egzekwować wyroków, co wiadomo jest obowiązkiem pod-starosty, nawet takiego co się go tylko udaje, a może wręcz takiego tym bardziej. Rany które odnieśli przy tych egzekucjach spowodowały że zabawili tam trochę dłużej niż na początku planowali. Powrót zaś właściciela ziem wróżył już poważne kłopoty dlatego cześć postanowiła szybko się ulotnić, druga cześć zaś wyjechała mu na spotkanie. Ostatecznie zostając przez niego wziętymi do aresztu, co będzie ich teraz kosztowało kilka złociszy. Co dalej to się jeszcze okaże, może protest do samego starosty albo i wyżej. bo przecie toć to zamach na złotą wolność szlachecką. Tak to minęła kolejna sesja na mazurach, jedna z wielu oczywiście. Bo wiadomo w ciągu dnia gdy pogoda jest dobra siedzi się na kajakach lub po prostu nad wodą a wieczorami gra. Mija tak czas na nieubłaganie, ale może jeszcze kilka ciekawych rzeczy się wydarzy. Neuroshima też przyniosła dużo ciekawych i zabawnych momentów, a kult cegły który powstał z pomocą graczy w Salt Lake City po prostu mnie powalił w pewnym momencie, ze śmiechu i wrażenia dla ich pomysłowości.

Monastyr zaś rozpocząłem jedną sesje i korzystając ze zdobytej na ostatnich prelekcjach Avangardowych pomysłów. Wydaję mi się że stworzyłam całkiem ciekawą przygodę którą pewnie pociągną dalej. Nawet wszyscy gracze przeżyli, co prawda odciążeni z kilku punktów duszy oraz z kilkoma bliznami więcej ale przeżyli.  Czas wracać do planowania i dopracowywania kolejnych scenariuszy.


Czas na Marózek i gry RPG czyli…

Najwyższy czas trochę wypocząć, ostatnio była nauka robota, nauka robota, oraz oczywiście pisanie pracy. Muszę wykonać co prawda jeszcze trochę poprawek żeby ta wersja nadawała się do czegoś sensownego, ale to po powrocie. Teraz czas na wypoczynek :). Choć czy jest to do końca wypoczynek umysłowy to bym teoretyzował. Bo w ciągu ostatnich trzech dni, przeprowadziłem trzy sesje Neuroshimy, oraz jeszcze dwie sesje z Dzikich Pól, czyli Panowie Bracia czas zrobić zajazd, a to jeszcze nie koniec.  Przygotowałem co prawda jeszcze kilka scenariuszy do powyższych oraz plan na Monastyr oraz zawsze zostaje stary dobry Świat Mroku czyli Wampir Maskarada. Teraz zaś idę paść bo podejrzewam, że jutro gracze będą chcieli zrobić kolejny zajazd na szlachcica który im podpadł albo co gorsza spenetrować ruiny jakiegoś bunkra sprzed wybuchu.


Czas odreagować, czyli 40 km po Kampinosie

A przynajmniej tyle mniej więcej tego będzie, całe dzisiejszy przejazd miał bliżej 75km, ale jazda po Warszawie, raczej nie należy do niezwykle interesujących ( przynajmniej zazwyczaj) więc nawet jej nie rejestrowałem.  Zatem spotkałem się ze znajomym na Bemowie, oczywiście uzbrojeni w bidony, camelbak, oraz oczywiście chęć przejechania sobie spokojnie, trochę po lesie. Zaczęliśmy, od jazdy przy lotnisku w stronę Lasek , a niedługo potem dojechaliśmy już do granic Parku Kampinoskiego. Powiem tak jest gorąco jak gorąco jak w piekle (albo i bardziej bo tam jest klima od kiedy inżynier tam wylądował 😛 ), las jest suchy i piaszczysty, tutaj niestety odczułem ból ze względu na fakt posiadania miejskich opon, których bieżnik (a dokładnie to coś co podobno jest bieżnikiem)  w ogóle nie nadaję się do jazdy po piasku, co ciekawe przy większym grubym piasku, dało się radę nawet spokojnie przebić to przy drobnym, i często płytszym nie byłem w stanie jechać. Robert tutaj miał przewagę bo jego terenowy rower przebijał się przez to bez większych problemów. Sam las jest bardzo suchy, więc nie zdziwił bym się gdyby za kilka dni został ogłoszony zakaz wstępu, ze względu na ryzyko pożaru. Nawet teraz spotkaliśmy kilka wozów strażackich, choć były one chyba tylko na patrolu. Ogólnie dużo osób na rowerach i pieszo. Strasznie gorąco i mam wrażanie że przez tą pogodę drogi są bardziej piaszczyste niż zwykle, a wiem bo rok temu też jeździłem. Trasę może nie zrobiliśmy nie wiadomo jak szybko, ale jechało się całkiem ok. Do domu dotoczyłem się około 17 (jakieś 3:30 h) tej przejażdżki, naprawdę zmęczony tym upałem (30 kilka stopni) i nawet ta woda co miałem ze sobą średnio pomagała, lepiej się jeździ gdy nie jest aż tak gorąco.  Średnia kiepsko i widać nad kondycją będzie trzeba popracować bo trochę mi spadła. Zatem oto link do analizy szczegółowej trasy, oraz mapka poniżej:


105km, czyli w końcu dzień bez deszczu

A dokładnie to całkiem pogodny dzień bez deszczu, burzy, i innych warunków atmosferycznych utrudniających w jakikolwiek sposób jazdę rowerem. Czyli czas przetestować moje nowe opony, a jako że i tak miałem jechać do Warszawy, to całkiem fajny kawałek trasy do zrobienia. Zgadałem się ze znajomym, i ruszyliśmy, wiatr nie przeszkadzał a wręcz był nawet pomocny, czego efektem jest nowy rekord dojazdu. Most Gdański w 1h, 5 min, ze średnią prędkością 28,6. :), oczywiście, nie skończyło się tylko na tym odcinku, potem jeszcze trochę jeżdżenia po samej wawie, i dopiero wieczorem powrót do domu, efekt 105 km i padnięty ja, czyli trzeba odpocząć, w wolnej chwili spróbuję przygotować jakąś mapkę, ale tym razem jechałem bez GPSu więc zbyt dokładna ona nie będzie. Ale dobra, ja tu piszę, a praca sama się nie napiszę,czyli wracam do roboty…


Zbieracz burzy, czyli polowanie…

Dokładnie to drugie podejście do polowania na pioruny, pierwsze mi nie wyszło jak należy, zwierzyna uciekła. Na szczęście drugie zaowocowało już drobnym sukcesem, choć do też nie byłem pewny czy się wyrobię na czas. Tymczasem  zapraszam do mojej galerii.


Upgrade do Ubuntu 10.04 server, czyli szybki komentarz

Tylko szybki  bo jestem wymęczony po  całym dniu walki z systemem, mechanizm automatycznego upgrade’u oczywiście wysypał się w połowie, doinstalowywanie zaś ręczne pakietów trwa, trzeba do tego uważać bo system bez problemu zapomniał np o zainstalowaniu najnowszego jądra przeznaczonego do tej dystrybucji, co skończyło się uczynieniem systemu bezużytecznym na kilka godzin. Dopiero walka z wykorzystaniem Rescue Mode z płyty pozwoliła postawić system do stanu użyteczności, po kolejnym wymuszonym upgradzie pakietów które w ilościach hurtowych zostały pominięte, oczywiście po tym wszystkim system już działa normalnie, ale naprawdę można by lepiej dopracować całą procedurę, zwłaszcza że to dotyczy wersji LTS.


woda płynie…

Czyli wysoki stan rzek i deszcze ciąg dalszy, spacer w okolicach Narwi z którego zresztą postaram się wrzucić w ciągu kilku dni zdjęcia i powrót z Warszawy w okolicach wału Wiślanego naprawdę sprawił że zobaczyłem jaka to jest siła i jak daleko sięga, tereny są pozalewane w promieniu kilku kilometrów od samego koryta, naprawdę dawno nie widziałem aż takiej wody, poza tym jeśli o wodzie mowa to ciągle pada więc nie wiadomo czy to już na pewno koniec tak ostatecznie czy ta woda jeszcze zrobi wielki return.


Idzie fala…

A raczej przeszła, bo właściwie teraz to już tylko się utrzymuje żeby niedługo zacząć maleć. Oczywiście co robią ludzie gdy idzie katastrofa, a przynajmniej rozdmuchana przez media szansa na nią??? To co w Dr Who, idą podziwiać zbliżającą się siłę. Dlatego znalazłem chwilę czasu żeby zatrzymać kilka chwil w czasie czyli kilka zdjęć ludzi i rzeki. Zapraszam do nowej galerii, może dzisiaj uda się mi zrobić jeszcze kilka zdjęć z mojej okolicy, czyli jak bardzo Wisła wpłynęła na Narew